Najdłuższa fala na świecie – Peru Wave Camp

Pomysł na kitesurfing’owy wyjazd do Peru pojawił się dawno temu, ale ciężko nam się było zebrać z jego realizacją. Nie grały loty, terminy, prognozy… W lutym, po krótkiej rozmowie ze znajomym, przez przypadek kupiliśmy bilety, które chcieliśmy wstępnie zarezerwować. Wtedy już nie było odwrotu. Przed nami szykowała się długa podróż z Berlina, przez Amsterdam, do Limy i w końcu do Trujillo. Wylot w połowie maja.

Sezon wiatrowy(kitesurfing owy) w Peru trwa od maja do września, jest to również okres, w którym panują świetne warunki do surfingu. Połączenie tych dwóch czynników daje to, czego szuka każdy łejwiarz. Do wyboru były dwie miejscówki: popularne imprezowe miasteczko Mancora na samej północy, lub niecałe 100 km od słynnej Chicamy – Pacasmayo. Ostatecznie padło na niewielkie i jeszcze nieodkryte przez turystów Pacasmayo. Jak się później okazało, był to dobry wybór. (Żeby się o tym przekonać, przejechaliśmy wybrzeżem w dwa dni 1000 km do Mancory i z powrotem).

Z prognoz wynikało, że będzie wiało na duże latawce, ale finalnie spakowaliśmy prawie wszystko co było, czyli od 8 do 12 metrów. Na wyjazd oprócz sprzętu kite, zabraliśmy też deski surf. Kto jedzie do Peru bez desek surfingowych?

Najbardziej znanym spotem w Peru jest Chicama. Według wielu źródeł, przy odpowiednim kierunku i wielkości swellu, tworzy się tam najdłuższa fala świata. Zdecydowanie mniej znane i mniej doceniane przez surferów jest Pacasmayo, choć długością fal niewiele odbiega od obleganej przez lokalesów Chicamy.

Kitesurfing

Pacas przywitało nas porządnym swellem i wiatrem na większe latawce, w sam raz na rozpływanie i zapoznanie się ze spotem – El Faro. Z brzegu wszystko wyglądało idealnie – na wodzie relatywnie mało latawców, wiatr side off i długie równe rampy. W rzeczywistości było jeszcze lepiej. Przy samy załamaniu fala była bardzo stroma, kilka metrów dalej łagodna i przewidywalna. Każdy mógł znaleźć coś dla siebie.

W całym miasteczku podczas naszego pobytu, było max 40 turystów, a każdy z nich był kitesurferem, lub surferem. Na spocie nie było tłoku ponieważ fala była tak długa, że rozkładała się na kilka sekcji. Większość riderów kręciła się na wysokości bazy, czyli w połowie najdłuższych przejazdów. Tylko niewielka grupa zaczynała jazdę od samego początku, czyli tam, gdzie fala była największa i najlepsza.

Trzeciego dnia pływania mieliśmy sporą dostawę swellu, fale miały od 3 do 4 metrów i zaczęło się to, po co przyjechaliśmy. Przejazdy po jednej fali nie miały końca, a bardzo często kończyły się z powodu braku sił na kolejny bottom turn… To było piękne! Pomimo braku sił, ciężko było się zdecydować na zejście na przerwę. Duży swell utrzymywał się przez cały tydzień, co dało nam porządnie w kość, ale zmęczeni i szczęśliwi nie odpuszczaliśmy żadnej sesji.

Jak na spot wave z falą takiej klasy, El Faro jest bardzo bezpieczne. W większości miejsc jest głęboko, w razie awarii ocean wypluwa na plażę. Jedynym zagrożeniem jest długie molo w centru miasteczka, kilkaset metrów poniżej spotu, na którym podczas naszego pobytu został zawieszony jeden latawiec. Dodatkowo na miejscu kursuje motorówka, która za drobną opłatą (100$) zwiezie każdego, kto potrzebuje pomocy. Istnieje też opcja wykupienia abonamentu na cały wyjazd za 20$ za dzień.

Surfing

Wcześnie rano, ok. godziny 6.00, ruszaliśmy na sesję surf. W wodzie siedziało z reguły od 5 do 15 surferów! Podczas większego swellu na spocie pojawiały się motorówki, które dowoziły surferów na peak. Powroty o własnych siłach są tam praktycznie niemożliwe, ze względu na silny prąd i bardzo długie przejazdy. Taka przyjemnośc kosztuje 20$ za 3 godziny i jest zdecydowanie warta tych pieniędzy. Inną formę transportu preferują lokalni surferzy, którzy łapali fale bezpośrednio z rozpędzonych skuterów.

Długo by można pisać o Peru, o jego długich falach i długiej podróży, która nas od niego dzieli. Jedzie się tam jak na koniec świata, ale za to na miejscu można się poczuć jak w domu. Ludzie są przyjaźnie nastawieni, klimat łagodny, jedzenie pyszne, a ocean rozpieszcza do granic wytrzymałości. Jedno jest pewne – długo będziemy wspominać fale z tego wyjazdu. A już na pewno do momentu kiedy znów zobaczymy z wody latarnię w El Faro.